Wednesday, December 15, 2004

Ain't no Sunshine...

Wbrew tytulowi tej notki, slonce dzis bylo w Krakowie. Troche zimno, ale pogoda bardzo fajna. Bylam na ekonomii (nudy, stwierdzilam, ze cwiczeniowiec nie jest jednak taki fajny, bo nie moge zrozumiec, o co mu chodzi, jak 100% grupy), a potem w domciu i poszlam na zakupy do Ikei (rodzince pare rzeczy sprezentowalam).
Zastanawialam sie, czy bylam zakochana w Marcinie. Chyba tak. Myslalam nawet, ze cos wiecej, niz zakochana. Ale jak tak szybko sie pozbieralam? Niby te dwa tygodnie, kiedy byl w Pile i pare dni po... Zwlaszcza moja wspollokatorka widziala, co sie dzialo. Stany depresyjne, wahania nastroju, ciagle rozdrazenie, plakanie... A potem jedno popoludnie. I jeden facet, of course.
Ale wciaz nie przerobilam emocji zwiazanych z M., tzn. nie wiem, co sie stalo. Ale - w przeciwienstwie do T. - trauma byla jednorazowa, natychmiastowa i rownoczesnie zabsorbowal mnie Mimi. To bylam w koncu zakochana, czy nie? Teraz rozumiem zakochanie z psychologicznego punktu widzenia. Nie jest to nic niezwyklego, ale czasami bardzo przyjemnego. :)) Chociaz z T. nie bylo tak rozowo.
Ale w sumie z Marcinem to szybko przeszlam. Nie powiem, lubie go ciagle... Mimo wszystko, chcialoby sie rzec! On tez byl pod pewnymi wzgledami zryty, to nieokazywanie uczuc, dystans i obawa przed zdominowaniem. Niby twierdzil, ze jest ulegly (i to bardzo), ale to on narzucal mi warunki, ktorych nie musialam akceptowac - ale chcialam, bo ogolnie mi zalezalo i sama jestem raczej ulegla. (Nietopsze.)
Jak juz wspomnialam, dzis nie widzialam sie z Mimim... Tesknie za nim, ale nie puszczam mu sygnalow (on puscil mi jeden), zeby mu oznajmic, ze o nim mysle... Niech sie spokojnie uczy... Zobaczymy sie juz jutro. :)

0 Comments:

Post a Comment

<< Home