Hm, Marcin odwolal spotkanie because of his job... Rozumiecie, sluzba wzywa. Potem wyslalam mu smsa i napisalam na gg, ale nie odpisal. Dopiero interwencja (sic!) Dominisi i jej umowienie mnie z nim, dalo wymierne rezultaty. Moze tak naprawde on nie wiedzial, czy umawia sie ze mna, czy z nia? Na oddanie ksiazki. Pojechalam z Mimim, bo byl u mnie (zreszta nie rozstajemy sie wcale, tylko na zajecia) i mielismy jechac do Geanta, do Pawla, ale potem zmienilismy zdanie i stwierdzilismy, ze spod Bagateli (gdzie bylismy) latwiej dojechac na Kurdwanow, do Pawlowego domu, jego zony i syna (ktory jest chrzesniakiem Mimiego). Stalismy sobie pod Bagatela, czekajac na Marcina, marznac i rozmawiajac. Nie pamietam, nie zachowywalismy sie szczegolnie nieasertywnie, z powodu zimna glownie. Trzymal mnie za rece chyba. Nagle sms. Mimi: "Masz wlaczona wibracje?" Ja: "Tak, hihi. *cicho* Marcin tu jest. Napisal: NIE CHCIALBYM PRZESZKADZAC, ALE CHCESZ TA KSIAZKE CZY NIE." Nie dosc, ze zrobil blad, przeciez nie mowi sie TA ksiazke, to jeszcze nie mial odwagi podejsc. Co smieszniejsze, stal jakies 3-4 metry za Mimim, ze wystarczylo, ze oderwalam wzrok od swojego faceta, a go zauwazylam. Wczesniej pocalowalam Mimiego w to miejsce miedzy ustami a policzkiem... Dopiero potem skrzyzowalam spojrzenia z Marcinem. Smialam sie jeszcze z czegos, podeszlam do niego, powiedzialam "Czesc, dzieki." I... odwrocilam sie. Nie mialam ochoty z nim rozmawiac. Po prostu nie mialam. Nie jest wart mojego czasu, skoro tak stchorzyl...
Z Tomkiem jest calkiem okay, hihi. Nie widzialam sie z nim od dawna, ale nie tesknie.
A Mimi... Powiedzial, ze bedzie mnie zawsze kochal. Spytalam, czy jak jestem taka rozkapryszona i go rano budze, bo mi sie juz nie chce spac, tez. Odpowiedzial, ze tego nie pamieta. Hm, sweet. Najpierw wystraszylam sie tego "zawsze". Czy to facet, z ktorym chce spedzic reszte zycia? Przeciez lewa polkule zalala mi dopamina, nie mysle racjonalnie! Potem jednak stwierdzilam, ze chcialabym, zeby mnie kochal do konca zycia. I ja jego tez. On jest cudowny. Nawet, jesli cos mi sie w nim nie podoba, on stara sie to zmienic. Jestem w stanie zaakceptowac jego wady (jesli jakies ma!), przeciez nikt nie jest idealny. To ja jestem beznadziejna, uparta, marudzaca, narzekajaca i chimeryczna. Tylko dlatego, ze lubie, jak zwraca na mnie uwage.
Powiedzialam mu, ze jedzie ze mna do domu na slub siostry. Byc moze w przyszly weekend pojade do niego, do domu... Nie boje sie.
Nie zdominuje go, choc wydaje mi sie, ze to ja jestem bardziej uparta w tym zwiazku. Ale potrafie mu ustapic, nawet, jesli on nie nalega, ale wiem, ze sprawi mu to przyjemnosc albo mu na tym zalezy.